Zastraszę cię, wejdę z butami w twoje życie, naładuję cię poczuciem winy i odrę cię z wszelkiej pewności siebie, bo w ten sposób mogę utrzymać nad tobą kontrolę – by pokazać ci, jak bardzo cię kocham!


czwartek, 10 czerwca 2010

Pedofil...

Michał pamięta, jak gwałcił go własny ojciec. Chce pamiętać. Bo jeśli zapomni, będzie robił to samo. Mówi o sobie – jestem pedofilem


Wczoraj na Onecie znalazłam wstrząsający artykuł dotyczący pedofilii.
Utwierdził mnie jeszcze bardziej w tym, że człowiek potrafi tylko tyle, ile nauczono go w domu. Pedofilem, czy innym dewiantem człowiek się nie rodzi. Jako niemowlę, potem dziecko, jest bezbronny i zdany na dorosłego opiekuna. Gdy dorasta, powiela to, czego został nauczony.

Agresję i przemoc stosowaną w rodzinnym domu przenosi się na zewnątrz. Gdzieś trzeba odreagować to, czego doznał w dzieciństwie, chociaż najczęściej nie pamięta, bo psychika ludzka, żeby przetrwać w jako takim zdrowiu psychicznym, wypiera destrukcyjne sytuacje, okrywa pajęczyną niepamięci.To tkwi w nas jak wbity cierń, który nie zawsze pozwolimy sobie usunąć uważając, że nic nam nie dolega, że dzieciństwo mieliśmy super albo co najmniej dobre. Dziwimy się tylko, skąd biorą się nasze skłonności do ekshibicjonizmu, pedofilii, wściekłości odreagowywanej na najbliższych.

Jak bardzo można skrzywdzić własne dziecko, gdy uważa się, że jest ono rodziców własnością. Jak bardzo rodzic musiał zostać skrzywdzony przez własnych rodziców, skoro swój ból i cierpienie odreagowuje na tym, który jest od niego tak bardzo zależny, który zrobi wszystko, by czuć się kochanym i akceptowanym, który zniesie gwałt czy molestowanie przez jednego z rodziców. Który przyjmie na siebie wszystkie złe humory rodziców, mając nadzieję, że kiedyś będzie lepiej, że w końcu go pokochają tylko dlatego że jest.

Żaden z rodzicieli nie stara się wczuć w uczucia dziecka, gdy je upokarza, upodla tylko dlatego, że właśnie stanęło mu na drodze - dziecko jest bezbronne i nie zwróci mu tego, co otrzymuje, bo boi się odrzucenia, boi się silniejszego i większego od siebie. Dzieciom najczęściej zabrania się wyrażania gwałtownych emocji - oprócz radości - bo rodzic we własnym rodzinnym domu też nie został ich nauczony.

Niewielu ludziom zależy na uświadomieniu, że popełniają błędy, że to, czym częstują własne dziecko zostanie przyswojone przez nie jako reguła, którą będzie się posługiwać w stosunku do partnera i własnych dzieci, gdy dorośnie. Bo przecież rodzic najczęściej jest ponad prawem, nigdy się nie myli, jest prawie bogiem. To dzieci są winne wszystkiemu - są krnąbrne, uparte, nieuważne, leniwe. Znam dzieci, które pod wpływem "tresury" i nadmiernej kontroli stają się opieszałe, wyobcowane, przeraźliwie samotne - jak Michał z artykułu.

Nie jest to tylko problem najniższych warstw społecznych, dotyczy również inteligencji. Tylko metody inwigilacji są bardziej wyrafinowane, wysubtelnione. Tu najczęściej nie stosuje się bicia, ale gwałt psychiczny, przekupstwo, zasługiwanie na miłość, podważanie człowieczeństwa dziecka w stylu: "bydlę", "krowa", "idiota", "kretyn", "głupek" ect. albo bardziej dosadnie. 

Wracając wczoraj z zakupów byłam świadkiem popisu, który dała młoda mama. Byłam zszokowana. Szła z dzieckiem, dziewczynką może trzyletnią, która trzymała się wózka. Widać było, że się  spieszyła. Wchodząc do sklepu dziecko puściło wózek i nieznacznie zostało w tyle (ciasne przejście). Mama, z twarzą wykrzywioną złością rozdarła się na nią: " co ty, kurwa, nie wiesz jak się chodzi!! Masz trzymać się wózka!"... Brak kontroli nad sobą i słowami, kierowanymi w stronę małej spowodowało płacz dziecka. Widać było, że takie zachowanie mamy należało do codzienności. W ten sposób mała jest uczona  wyrażania miłości i troski. W ten sposób - w przyszłości - potraktuje swoje potomstwo.

A my, społeczeństwo godzimy się na to, bo przecież to nic wielkiego. Jaką szkodę może wyrządzić epitet, którym w nerwach poczęstujemy współmałżonka czy dziecko? Kto by pamiętał, że gwałtowne emocje można wyrazić oznajmiając: "jestem zdenerwowany/zły/wściekły, bo...". Nikt nas tego nie nauczył, za to nauczył, że można naszym złym humorem obciążyć najsłabszego, wyśmiać go tłumacząc się potem, że to był tylko taki żart. Potem dziwimy się ucieczkom czy samobójstwom wśród dzieci - chcieliśmy tylko dobrze wychować dzieci za pomocą... tresury, nie zauważając własnych zachowań, wymagając od dzieci kultury, siebie z niej zwalniając. Jedna sprawa mnie dziwi, że tylko dorosłego uważa się za człowieka. A kim dla nas jest dziecko?

Całość skwituję jednym zdaniem: Każdy skutek ma swoją przyczynę

0 komentarze:

Prześlij komentarz